WAŻNE Wprowadzamy nowy system pisania postów/tworzenia tematów w lokacjach. Prosimy o zapoznanie się instrukcją i stosowanie nowego wzoru. Więcej informacji znajdziecie tutaj!

Subfora zostały podzielone na 4 główne działy, oto orientacyjny zakres lokacji, które mogą się w nich znaleźć:
- strefa miejska - ulice, parkingi, tereny zielone, parki, place zabaw, zaułki, przystanki, cmentarze
- usługi - sklepy, centra handlowe, salony kosmetyczne, pralnie, warsztaty
- kultura i instytucje - galerie, muzea, teatry, opera, domy kultury, centra społeczne, urzędy, kościoły, szkoły, przedszkola, szpitale, przychodnie
- życie towarzyskie - restauracje, kawiarnie, kluby, kręgielnie, puby, kina

Dodatkowo w dzielnicach znajdziecie subfora większych firm albo ważnych dla forum i postaci lokacji, np. szczególne kluby, uniwersytet, czy restauracje.

INFO W procesie przenoszenia forum na nowy silnik utracone zostały hasła logowania. Napiszcie w tej sprawie na discordzie do audrey#3270 lub na konto Dreamy Seattle na Edenie. Ustawimy nowe tymczasowe hasła, które zmienicie we własnym zakresie.

DISCORD Jesteśmy też tutaj! Zapraszamy!

UPDATE Postacie chcące uzupełnić swoją KP o nowe treści w biografii mogą skorzystać teraz z kodu update w zamówieniach.

ODPOWIEDZ
JEDNO ŻYCIE, TYLKO TYLE I AŻ TYLE, TYLE DANO KAŻDEJ ISTOCIE, A JEGO ŻYCIE BYŁO CAŁKOWITĄ PORAŻKĄ
Awatar użytkownika
20
176

asystent bibliotekarza

biblioteka w south parku

south park

Post

yosef & sirius
<img src="https://i.pinimg.com/474x/5d/38/96/5d38 ... 41b575.jpg" width="200">

Martwą ciszę wiercąc wzrokiem,
nie ruszyłem się ni krokiem,
Tylko drżałem, śniąc na jawie sny
o jakich nie śnił nikt.


Choć z rodzeństwem radził sobie całkiem optymalnie, można było stwierdzić to z pewnością - Yosef Sadler absolutnie nie nadawał się do sprawowania pieczy nad grupą powyżej dziesięciu (pięciu? trzech?) bąbli, zwłaszcza jeśli lokacją jego misji było miejsce, które faktycznie go interesowało. Być może brzmi to odrobinę paradoksalnie, ale przecież im bardziej jego myśli koncentrowały się na rzeczach w jakiś sposób dla niego intrygujących, tym łatwiej zapominał o powierzonym mu zadaniu i o tym, że w sumie na tej całej wycieczce szkolnej był za hajs rodziców innych dzieciaków. Bo przecież - hej! Na papierku wydawało się, że to same zalety - wstęp za darmo, pobycie trochę blisko Joela (a zatem upewnienie się, że inne bachory nie będą go dręczyć) i wyciągnięcie tego uparciucha z domu, zaznajomienie go ze sztuką (o której sam Yosef gówno przecież wiedział) i tak dalej można byłoby wymieniać te wszystkie pozytywy. W tym wszystkim Sadler zapomniał jednak chyba, że z rolą opiekuna spadają na niego również obowiązki, o których świadomość spłynęła na niego brutalnie, kiedy to on - ze wszystkich ludzi na tym świecie - musiał upominać jakiegoś ośmiolatka, że nie wolno przeklinać. Klękajcie narody.
Jego gehenna rozpoczęła się już na porannej zbiórce, na której zjawił się spóźniony, skacowany, cuchnący benzyną i papierosami, i o tyle dobrze, że nie wykręcony zupełnie jak szmata. Wystarczyło mu jedne przesycone dezaprobatą spojrzenie pani McFlick, wychowawczyni Joela i reszty tej parszywej zgrai, żeby wiedział, że na żadną inną wycieczkę nikt go już nigdy nie zabierze. No to hej, skoro już naważył piwa, to pozostawało mu już tylko korzystać z tych paru godzin pośród obrazów, których przesłania i kompozycji nie rozumiał (niewiele go to obchodziło - wystarczyło, żeby były inspirujące, fascynujące i najzwyczajniej w świecie ładne, choć przecież podobała mu się głównie brzydota, wydająca się adekwatniej pasować do jego życia i osobowości).
W drodze, kiedy razem z panią McFlick szedł na początku wężyka, musiał bardzo mocno powstrzymywać się od odpalenia papierosa, ale jeszcze jeden wybryk w jej towarzystwie i złoży zawiadomienie do opieki społecznej - spekulował, bo wyglądała na taką, choć z jej zawodu i dzielnicy, w jakiej pracowała, domyślał się, że nie takie rzeczy już widziała. Co jakiś czas podejmowała rozmowę, żeby sztucznie przełamać panującą między nimi zgodę milczenia, ale Yosef nie był chętny na pogaduszki. Tylko kilka razy, kiedy Joel odsunął się trochę od ich abstrakcyjnej do wklejenia w jeden obrazek pary (pani McFlick nosiła na nosie wąskie okulary, które nadawały jej wygląd surowej nauczycielki matematyki, który dodatkowo podbijał noszony przez nią lawendowy płaszcz, zaciskany zbyt mocno przez jej zmarznięte palce - a obok on, w tym kontraście dziwnie wypłowiały i blady), zagadnął ją o to, jak młody radzi sobie w szkole (wiedział, że źle) i słuchał jej wymijających odpowiedzi (że całkiem w porządku, wie pan, jakie są dzieci).
Cóż, chyba jednak nie wiedział. Mara za czasu bycia kompletną smarkulą (bo to nie tak, że teraz się całej tej swojej smarkulatowści wyzbyła), należała do dzieci, które łatwo nawiązują znajomości i odnajdują się w grupie, nawet jeżeli w domu miała swoje wzloty i upadki, ataki paniki i wbijane pod skórę paznokcie, Joel zaś - na drugim biegunie - pozostawał cichy i wycofany, z przypadkowymi wybuchami złości, których potem bardzo się wstydził. A te dzieci... one były po prostu nieskończenie chamskie. Bardziej niż Mara, a ta przecież właśnie wkraczała w swoją nastoletnią erę a’la lolita i pragnienie posiadania bogatego męża (nie no, to akurat rozumiał, ale nie w jej wieku). Te parę minut, parę słów, a może zdań zamienionych z panią McFlick wystarczyło wszak do tego, żeby zdążył usłyszeć za swoimi plecami wyzwiska kierowane do jego młodszego brata, na które - niespodzianka! - wychowawczyni chyba nie zamierzała reagować. Odszedł zatem do gagatków sam i urządził im wykład, którego nawet nie słuchali, a kiedy wrócił na przód (ciągnąc łkającego już cicho Joela za rękę), usłyszał od niej tylko, że nie mogą się tak zatrzymywać, bo zaraz się spóźnią. Miał ochotę rozbić ten jej zakuty łeb o krawężnik.
Nie zrobił tego, być może zgodnie z przekonaniem, że z wymiarem sprawiedliwości miał już nadmiar do czynienia, a kiedy z zimnego podwórza weszli wreszcie do ogrzewanego budynku galerii sztuki, pozostało mu jedynie głęboko odetchnąć z nadzieją, że ta dzicz nie będzie tak hulać w miejscu takim jak to. Mylił się po raz kolejny, przez pierwsze piętnaście minut zdążywszy już zdenerwować się na swoją niemożność skupienia uwagi i chore tempo narzucone przez przewodnika (którego zresztą nie słuchał - nie obchodziła go historia powstawania tych wszystkich obrazów, ale nie żaliłby się, gdyby dostał choć minutę na przyjrzenie się każdemu z osobna). Wycofał się wręcz. Ostrożnie, powoli, żeby wrócić w poprzednią alejkę, puszczając joelową rękę i przekazując bratu, że idzie to toalety (a potem tłumacząc mu, dlaczego nie chce, żeby ten szedł z nim - oczywiście łżąc w żywe oczy) i żeby trzymał się blisko pani McFlick (i tłumacząc mu, że tak, on wie, że to wiedźma, ale jej supermoce pokonają wszystkich gagatków, którzy będą mu dokuczać - w co sam Yosef nie wierzył, ale do jasnej kurwy; niech to dziecko da mu choć chwilę wytchnienia).
Tak więc powrócił do tego jednego korytarza, który praktycznie przebiegli i ledwie zdążył wyjść zza rogu, a jego uwagę przykuł mężczyzna stojący przed jednym z obrazów. Uśmiechnął się pod nosem, zanim - równie powoli, jak wtedy, gdy wycofywał się z walki ze zgrają dzieciaków - przystając na krótko przed każdym z oprawionych w ramę płócien (o których nagle jakby zapomniał; zupełnie, jakby to nie one były powodem, dla którego faktycznie zawrócił), kręcąc lekko nogą i siląc się na strojenie najbardziej zadumanych min, na jakie był w stanie się zebrać.
Kiedy wreszcie stanął z mężczyzną ramię w ramię przed obrazem, któremu tamten tak intensywnie się przyglądał, pozwolił kilkunastu sekundom przeminąć w ciszy, odbijającej się tylko echem rozbujanej dziczy gdzieś po innej stronie galerii.
- Podoba ci się? Długo na niego patrzysz - skomentował, wędrując spojrzeniem od skupionej twarzy mężczyzny do płótna. Jego spojrzenie przykuła plakietka z nazwiskiem i stanowiskiem. - Sirius Bosworth - właściciel Galerii, hę? Szczęściarz. Możesz cały dzień chodzić i na nie patrzeć. Znaczy, coś jeszcze na pewno robisz, ale trochę nie wiem, co się je z pracą właściciela galerii, szczerze mówiąc - parsknął krótko, drapiąc się po karku, zanim odchrząknął i wyciągnął w jego stronę dłoń. - Yosef Sadler. Nie mam takich osiągnięć na koncie, ale kto wie, może kiedyś...? - Sranie w banię, głupia gadka, sam w to nie wierzył. Ostatnio był na szczycie mówienia nieprawdy o sobie, tylko po to, żeby zyskać cudze poparcie albo osiągnąć własny cel - tak jak w tym przypadku.

autor

kaja

ODPOWIEDZ

Wróć do „Retrospekcje”