WAŻNE: W procesie przenoszenia forum na nowy silnik utracone zostały hasła logowania. Napiszcie w tej sprawie na discordzie do audrey#3270 lub Rezz#2137, na konto Dreamy Seattle na Edenie lub zalogujcie się na konto UP (hasło:universal) i z niego wyślijcie wiadomość prywatną na forumowe konto Dreamy Seattle. Ustawimy nowe tymczasowe hasła, które zmienicie we własnym zakresie.

EVENT Świąteczny klimat niestety nieco nas ominął przez remont forum. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by jeszcze wziąć udział w evencie i zgarnąć świąteczną odznakę! Szykujcie się też na dwie najlepsze imprezy sylwestrowe w mieście!

KALENDARIUM Chcecie wiedzieć, co dzieje się w Seattle? Potrzebujecie dla swoich postaci tematu do rozmowy albo ciekawego wydarzenia, na którym moglibyście oprzeć rozgrywkę? To właśnie tutaj znajdziecie wszystkie newsy ze Szmaragdowego Miasta.

UPDATE Postacie chcące uzupełnić swoją KP o nowe treści w biografii mogą skorzystać teraz z kodu update w zamówieniach.

Awatar użytkownika
0
0

-

Post

 Uśmiechnął się krótko półgębkiem. To była prawda. Jeśli kogoś można było podejrzewać o trzymanie jakichś przyzwyczajeń i sentymentalizm, to na pewno nie jego. Od zawsze żył z dnia na dzień, nie snuł większych planów, wiecznie gotowy do wyniesienia się z domu, kiedy tylko rodzice wykażą nadmierną indoktrynację ze strony tych swoich sekt i zgrupowań dziwadeł. Nawiedzona para opiekunów wybyła jednak z miasta, a on sam doczłapał do pełnoletniości i mógł robić ze sobą co chciał, bez obaw, że wystawią za nim jakiś list gończy i ściągną siłą do rodziny, której wolałby nigdy nie mieć. A mimo tej swobody w życiu, zmienił tylko mieszkanie na mniejsze i takie, które nie kojarzyło mu się z dziwnymi rytuałami pary satanistów. Stać by go było na choćby wynajem w jakimś bardziej cywilizowanym miejscu, gdzie nie widziało się na klatce kilka razy w miesiącu szczura (przynajmniej Succubus miała zawsze świeże jedzenie!), gdzie nie słychać było strzałów jeszcze częściej niż pisków czworonożnych szkodników, gdzie za bycie stróżem prawa nie groziła kosa między żebra po zmroku.
 A jednak służbista miał jakieś sentymenty. Tylko trzeba było go bliżej poznać.
 Zaraz obok mieszkał jego kumpel z dzieciństwa, tak samo szalejący na punkcie jazdy jednośladami. I latynoska kumpela, która stanowiła ich prywatny „osiedlowy monitoring”, płosząc Samaelowi wszelkich adoratorów, gości i potencjalne randki. Gdzie indziej ciężko byłoby stać po przeciwnych stronach korytarza i obrzucać się wiązkami najbardziej obelżywych słów, jakie istniały w hiszpańskim słowniku. Znał każdą uliczkę i każdy zaułek South Park, umiał rozpoznać każdy gang, wiedział co mówić, żeby nikomu się nie narazić. To był jego dom. Patologiczny, ale znajomy. Całkiem jak dzieciństwo.
 Był poniekąd przyzwyczajony do zagrożenia. Możliwość oberwania kulki nie robiła na nim większego wrażenia, tak samo opowiadanie o swoich przeżyciach z pracy niespecjalnie przywoływało nieprzyjemne wspomnienia, nie pogarszało mu w żaden sposób humoru. Był uzależniony od adrenaliny i gdyby tylko był odrobinę bardziej autodestrukcyjny, zapewne zacząłby szukać zaczepki na własną rękę. Zamiast tego miał okazję co jakiś czas narazić życie i jeszcze mu za to płacili. A że nigdy go nie ciągnęło do łamania prawa (w życiu co najwyżej pił przed osiągnięciem pełnoletniości, jak to wkraczający w dorosłość nastolatkowi miewali w zwyczaju; ewentualnie parę razy przekroczył prędkość i przeszedł przez ulicę w niedozwolonym miejscu – ot, delikatne wykroczenia), to policjantem był wręcz z powołania. Choć nie brakowało wiele, żeby został strażakiem. Tam też ryzykowało się dość często, ale jednak wybrał inną opcję. Może to jakaś chęć poczucia władzy, wzbudzanie szacunku samym służbowym uniformem. Albo możliwość przywalenia komuś bezkarnie pałką.
 De Ville miał pokaźną kolekcję blizn. Drobniejszych i tych głębszych, niemal niedostrzegalnych i takich, które bardziej przykuwały wzrok. Nigdy ich się nie wstydził, bo każda z nich była osobną historią. Głupszą czy poważniejszą, ale historią. I jego integralną częścią. A kiedy trafiał się jakiś fetyszysta blizn to przynajmniej było o czym porozmawiać i z czego się pośmiać.
 – Nigdy nie odmawiam dobrej zabawy – odparł odprowadzając Prescotta wzrokiem i znów się lekko uśmiechając, tym razem w jakiś bardziej zaczepny sposób, z tajemniczym błyskiem w oku. Im więcej minut trwało spotkanie, tym mniej Samael miał wrażenie, że jest to jakaś pułapka czy żart. Czujność i napięcie rozmywały się powoli, dopuszczał do siebie coraz bardziej myśli, że jednak to wszystko dzieje się naprawdę i nie ma się czego obawiać. Zwłaszcza, gdy na krótką chwilę został sam. Na ziemię sprowadziło dopiero ciche stuknięcie szklanki poprzedzone dźwiękiem stawianej filiżanki, od której dość szybko dobiegł do niego zapach świeżej, gorącej kawy. Już to wystarczyło, żeby delikatna mgiełka senności usunęła się w cień. A jeszcze Zachary pobudzał go dodatkowo swoją mową ciała. I mową ogólnie. Prześledził ruch palca, wysłuchał kolejnych słów.
 – Czyżby? – zamruczał, opierając łokieć na blacie stolika. Palce podtrzymały jego głowę, gdy brązowe oczy wpatrywały się w twarz rozmówcy. – A gdzie mieszkasz? Może jak okolica ładna to wybiorę się na… wycieczkę.

autor

give me the pistol, aim it high i'm out in the desert shooting at the sky
Awatar użytkownika
24
173

fotograf

na zlecenie

QUEEN ANNE

Post

Dla Zacharego ludzie tacy jak Samael przypominali trochę… zwierzątka trzymane w klatce. Traktowane z dziwnym pożałowaniem dla ich niewoli – ale i świadomością, że poza nią – raczej by sobie nie poradziły. Nie za duże; takie, którym dawało się palec do pokąsania, wetknąwszy go pomiędzy pręty albo po prostu oglądało się je dla własnej rozrywki, w czas największej nudy.
W życiu takich, jak de Vill, Zachary doszukiwał się jakiejś desperacji; nieustannej walki prowadzonej od postawienia nogi poza łóżkiem, wysupłanej nad ranem z pościeli, aż po zmierzch. Mieli problemy zupełnie innego kalibru; takie, jakimi Zachary nie tylko nie musiał zaprzątać sobie głowy, ale z jakich nie zdawał sobie nawet sprawy. Tylko że ten rodzaj zdziczenia, przekonywał się Prescott, miał w sobie coś ekscytującego. Pociągającego. Coś, co dobrymi manierami mogło się przypudrować, ale nie okiełznać.
Poza tym, pomyślał, że to całkiem urocze; z tą drobną złośliwością nakazującą wolno poklepać interlokutora po ramieniu albo po głowie, zacmokać, a potem szczerze się roześmiać. Samael naprawdę nie wyciągał pochopnych wniosków. I Zacharemu w gruncie rzeczy zrobiło się całkiem miło – dla odmiany spotkać kogoś (czy może się – z kimś), kto nie próbował mu prosto w twarz pluć sugestiami. Że wystarczy na Zacharego spojrzeć, żeby domyślić się, że mieszka na-
Queen Anne. Nie mówię, że to obok, ale... zdecydowanie bliżej. Chyba że ta twoja maszyna ma problemy z podjazdem pod górkę? – Zasugerował w nieszkodliwej złośliwości; i z następującym po niej, cichym siorbnięciem napoju. W efekcie, po podniebieniu chłopaka rozlał się wyziębiony, owocowy posmak, który skwitował krótkim wzdrygnięciem ramion. – Więc… jeśli rozważasz wycieczkę, to… chętnie cię oprowadzę – zaproponował, odrywając na moment usta od plastikowej słomki. Gdzieś pomiędzy słowami zahaczył czubkiem buta o łydkę chłopaka. – Może nawet nalegam. – Z niejednoznacznym uśmieszkiem zabłąkanym w kąciku ust.
Obydwoje posiadali swoje wątpliwości; jakby na to nie spojrzeć, ich sytuacja opierała się na raczej koślawo akcentowanym zaufaniu. Na zasadzie słowa przeciwko słowu. Bo o ile ze strony Zacharego, faktycznie, mógł to być niskolotny żart – tak i on powiedział Samaelowi bardzo personalną i intymną część siebie. Tą, którą nie chwalił się na lewo i prawo. Gdyby tylko chciał, de Vill mógłby odpowiednio to wykorzystać przeciwko Prescottowi. Wszakże też ryzykował. Na różnych płaszczyznach; choćby i teraz, wiązką spojrzenia (w odpowiedzi na to, którym bezpardonowo wczepił się w niego brunet) powoli wplątawszy się pomiędzy palce mężczyzny. Potem we wspinaczce dłoni, z potknięciem o drobną wypukłość przyciemnionej błękitem żyły. Nadgarstkami, ramionami, wcięciem szyi, policzkiem. Gdyby nie ta nieszczęsna soda – chyba zaschnęłoby mu w gardle.
No dobra. – Odchrząknął. – Dajesz, trzy najlepsze filmy w historii kina według ciebie. Jedziesz. – Trudno tylko określić, czy próbował odwrócić jego, czy własną uwagę. – Muszę wiedzieć czy masz dobry gust. Nie zapraszam do siebie byle kogo. A już na pewno nie do-
Urwał, pokusiwszy się o trzy krótciutkie, rytmiczne łyki napoju. Ale kontaktu wzrokowego nie zerwał.

autor

preskot [on/jego]

Awatar użytkownika
0
0

-

Post

 – Czyżbyś wątpił w Bestię? – Lekko uniósł brew, choć pytanie było retoryczne. No i jego motocykl nie nosił imienia. Zwłaszcza takiego, bo to nasuwałoby głupie skojarzenie, że on w takim razie byłby Piękną. Po prawdzie by nie zaprzeczył, że w istocie jest śliczny (choć żartobliwie – na serio, choć dbał o wygląd, raczej daleko mu było do samozachwytu), jednak takie określenia bardziej pasowałyby do kobiet niż facetów, którzy wzrostem niemal dobili dwóch metrów wysokości jak jakieś młode drzewko zasadzone przy świeżo wyremontowanym chodniku.
 – Ale proszę… Queen Anne… – Czy się spodziewał? Może nieco podejrzewał. Obstawiał właśnie Magnolię, ewentualnie Northwest lub centrum. Zdecydowanie nie takie wygwizdowo, z którego sam pochodził, tanie Chinatown czy niesamowicie wymieszane Southeast, które chociaż miało w sobie jakiś urok, wydawało się równocześnie chaotyczne przez te zderzenia różnych, niepasujących do siebie kultur. Samael, czując jak jakaś noga niemalże kocim zwyczajem go dotknęła, podparł twarz na dłoni, wyglądając jakby się zastanawiał. Choć przez trzy sekundy mógł udawać, że wcale nie jest łatwy i trzeba się postarać, żeby go do siebie zwabić, ale żeby dobrze to odegrać, musiałby przede wszystkim zmienić opis na Tinderze – ten wprost mówił, że raczej nie oczekuje pięciu randek, po których może wreszcie zgodzi się na intymność w postaci złapania kogoś za rękę. – Kusisz, Zachary. A ja chyba nawet ulegnę tym namowom. – Dodał nieco ciszej. I niby to jego przezywali od diabłów, a tu kusiciela miał dosłownie na wyciągnięcie ręki. Ale cóż, nie miał za często okazji do odwiedzania dzielnicy, w której mieszkał Prescott, więc byłby skłonny przejechać się z czystej ciekawości. Wraz z przyswajaną kofeiną zauważał jednak coraz więcej sygnałów wysyłanych z tej drugiej strony, a im bardziej się rozbudzał, tym łatwiej się tym sygnałom poddawał. I nawet ta niespodziewana zmiana nurtu rozmowy nie zdołała go skołować. Nie po tych kilku łykach czarnego jak kopyta Baphometa napoju.
 – Tylko trzy? – To nie było wbrew pozorom najłatwiejsze zadanie. Kino historię miało dość długą, wybór był ogromny. Zwłaszcza, że Samael najczęściej sięgał po filmy starsze, o ile już w ogóle cokolwiek oglądał. Rzadko miał czas czy chęci na pójście na jakąś nowość w okolicach premiery, a ze znajomymi też prędzej wyskoczyłby na piwo niż do kina. – To… Pierwsza część Ojca chrzestnego, Skazani na Shawshank iii… czy trylogia Władcy Pierścieni w wersji reżyserskiej może liczyć się jako jeden? – Dwanaście godzin filmu mogło rozłożyć na łopatki każdego, ale nie potrafiłby wybrać, która część jest najlepsza. Widział to po prostu jako integralną całość. – Jeśli nie, to rozważałbym jeszcze Lśnienie albo Gladiatora. – Raczej niespecjalnie znał się na wybitnych dziełach kultury, mógłby jeszcze rozważyć kandydaturę kilku innych filmów, ale na pewno nie nic mniej znanego. Dzieciństwo spędził na ucieczkach z domu i włóczeniu się po mieście, nie na zgłębianiu historii sztuki czy podziwianiu dzieł wybitnych reżyserów.
 – Trzy najlepsze zespoły muzyczne. Bo wiesz, nie mogę pozwolić, żeby mnie oprowadzał ktoś, komu słoń przydeptał uszy. – Może odrobinę złośliwy uśmieszek zawitał na jego twarzy zanim nie upił kolejnego łyku kawy. Przyszła pora na rewanż i teraz on chciał się czegoś dowiedzieć. Wyczekując odpowiedzi, powoli przesunął opuszkiem palca po krawędzi swojej filiżanki, przyglądając się Prescottowi. Właściwie nigdy nie osądzał nikogo po guście muzycznym. Może było parę gatunków, które niekoniecznie mu się podobały, ale wszystko było dla ludzi i jeśli ktoś czegoś słuchał, to coś w tym jednak wartościowego dostrzegał.

autor

ODPOWIEDZ

Wróć do „Sunset Hill”