Znalezionych wyników: 73
Dreamy Seattle Strona Główna
Autor Wiadomość
  Temat: odznaki z okazji drugich urodzin forum
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 23
Wyświetleń: 412

PostForum: Odznaki   Wysłany: 2022-07-25, 11:24   Temat: odznaki z okazji drugich urodzin forum
To i ja, ja też!
Jingyi czapeczkę, Samaelowi konfetti, a Diego kieliszki. Złap je wszystkie - pokemon :dancing:

[ Komentarz dodany przez: charlie everett: 2022-07-31, 19:07 ]
:hop:
  Temat: urodzinowe opinie i recenzje
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 9
Wyświetleń: 322

PostForum: urodziny dreamy seattle   Wysłany: 2022-07-20, 09:40   Temat: urodzinowe opinie i recenzje
Niech żyje jak najdłużej <3

Początkowo myślałam, że to będzie tylko przyjście na chwilę, a ostatecznie zostałam na dłużej. Jako osoba nowa na Dreamy Seattle nie czułam się jakoś odsunięta na bok, znajdująca się poza "kółeczkiem adoracji", tak częstych niestety na forach. Ludzie są naprawdę otwarci i mili, proponują wątki i relacje. Atmosfera pozbawiona konfliktów, codzienne witanie się na czacie, poruszanie tematów zarówno zabawnych, jak i poważnych w luźnych rozmowach. Kiedy musiałam wziąć sobie krótką przerwę przez pogorszone samopoczucie, dostałam kilka wspierających PW, co kompletnie roztopiło moje serduszko - byłam na forum ledwie kilka miesięcy. Na samej fabule również nie brakuje atrakcji. Pojawiają się ciekawe eventy tematyczne (pride month czy Dzień Niepodległości), prowadzone jest kalendarium fabularne informujące o wydarzeniach mających miejsce w mieście, całych Stanach czy na świecie, do których można odnosić się w swoich wątkach. Polecam forum każdemu, zwłaszcza osobom szukającym odrobiny spokoju, lubiącym pisać posty w tempie umiarkowanym/szybkim.

Można mnie cytować i wykorzystywać (heh heh), nie mam nic przeciwko :3
  Temat: chodniki
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 34
Wyświetleń: 2608

PostForum: Squire Park   Wysłany: 2022-07-18, 01:22   Temat: chodniki
 Naprawdę liczył na to, że zaraz ktoś wyskoczy zza rogu z kamerą i stwierdzi, że to tylko prank, w który dał się wkręcić. Tymczasem za rogiem spotkał się tylko z kolejnym potencjalnym zagrożeniem. Tym bardziej, że coś, co było jego odruchem, automatyczną reakcją ciała, które teraz zadziałało bez wiedzy umysłu, dla niego kompletnie naturalnym – dla kogoś innego mogło stanowić mylny sygnał. Ot, że na przykład próbuje komuś zwinąć zegarek. Albo porwać na niezapomnianą przygodę. Ewentualnie prosi się o lanie, tu, teraz i natentychmiast. Dla kogoś, kto wręcz dosłownie zarabiał swoją facjatą, przemodelowanie twarzy raczej nie było największym marzeniem.
 Uniósł rękę w obronnym geście, odsuwając ją nawet bardziej niż po tym nagłym wyswobodzeniu się ze strony nieznajomego. Nie chciał żadnej awantury, dodatkowych kłopotów i czwartego typa do pościgu. Bo w to, że dałby radę umknąć kolejnemu, nie wątpił ani trochę. Przynajmniej dopóki znów nie wylądował w poniekąd fizycznym kontakcie za sprawą złapania go za fraki. Już nawet nie zamierzał podnosić lamentu, że to bawełna najwyższej klasy i jak mu rozciągnie koszulkę to się nie wypłaci. To chyba w tej sytuacji nie miało większego sensu.
 – Chyba tak – zdołał wydusić, przenosząc wzrok z oczu tej istnej żyrafy (czy może raczej ze ściągających się brwi) za swoje plecy. Właściwie nie mógł wiedzieć, o czym tamten myśli, ale trzech napakowanych gości goniących dość chuderlawego kurdupla mogło wyglądać dość jednoznacznie. Zwłaszcza, jeśli wyłapało się subtelny błysk światła odbitego w kawałku stali, nie do końca ukrytym w dłoni jednego z napastników. Z innej strony tego przebierającego nogami konusa, który wyglądał, jakby właśnie walczył o swoje życie, można by było faktycznie oskarżyć o jakąś kradzież, kiedy był taki wczepiony w przytulaną do klaty torbę. Raczej nie było teraz czasu ani na wyjaśnienia, ani też na zadawanie konkretnych pytań. Równie dobrze Sirius właśnie też mógł być obrany za cel jako potencjalny wspólnik szajki przechwytujących łup maratończyków.
 O mało się nie wyrżnął, taki pociągnięty z zaskoczenia. Dość szybko nadrobił jednak tę sekundową przerwę i utrzymał tempo, przebierając nogami wcale nie gorzej od wysokiego, przypadkowego towarzysza. Niekoniecznie umiał się bić – nawet stylem dowolnym w walce o własne zdrowie, życie i nienaruszenie kości. Zawsze był tym, który wycofuje się, wybiera taktyczny odwrót i oddala się z miejsca zagrożenia. Nie miał nawet za specjalnej siły, więc kiedy Sirius wywalał śmietniki (och, porządku publiczny, wybacz tę zniewagę), Jingyi łapał się za rzeczy, którymi dobrze by się rzucało. I tak w stronę pogoni poleciała jakaś porzucona na ławce gazeta, wyrzucony, podarty trampek wcześniej dla lepszego toru lotu rozhuśtany na sznurówce (i hej – jednego prawie trafił nim w łeb!), plastikowa butelka, w której jeszcze znajdowała się jakaś zawartość. Raz w ramach pomocy z demolką przeskoczył po kilku słupkach odgradzających chodnik od jezdni i sam wyjechał z mocnego kopa w jeden ze śmietników, żeby ten potoczył się w stronę tamtych.
 – Od razu mały! – prychnął, ale nie planował robić tu scen obrazy celebryckiego majestatu, bo nie miał za bardzo argumentów na obronę swojego stanowiska. Był faktycznie nie za wysoki, nie było co twierdzić inaczej. Dzięki pomocy, wskoczył dość zręcznie na górę, ale nie zamierzał zostawiać tego gościa na pastwę losu i wyciągnął do niego rękę, żeby chociaż spróbować go jakoś wciągnąć. Jak już go władował we właściwie nie wiadomo co, to niech już będą w tym razem, dopóki nie zgubią swojego ogona. – Większość kundli mnie lubi, może Burek nie będzie wyjątkiem. – Zeskoczył na ziemię. Szybko obrzucił wzrokiem to, co czekało na nich za murem, ale niekoniecznie chciał kusić diabła, żeby ten rzucił im niespodziewanie jakiegoś agresywnego czworonoga. Za to objawiło mu się jakieś drzewo z dość rozłożystymi gałęziami, które mogło stanowić dość szybką i bezpieczną alternatywę do ponownego forsowania muru z poziomu podłoża, jeśli faktycznie zaraz przybiegnie im tu coś zębatego i nieprzyjaźnie nastawionego. Wlezienie po pniu nie było aż tak straszne, jeśli znało się odpowiednie drzewołazne techniki. A całe szczęście, że w szkolnych latach coś tam się wspinał jako uzupełnienie swoich treningów parkouru. Kto by się spodziewał, że w dorosłym życiu też mu się przydadzą i to wcale nie na planie zdjęciowym czy salce, na której ćwiczył taniec? Raczej na pewno nie on. Albo może trochę, ale teraz trzymał go za mocny szok, żeby to do niego dotarło.
  Temat: Stoliki I
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 37
Wyświetleń: 2575

PostForum: Canlis   Wysłany: 2022-07-14, 20:55   Temat: Stoliki I
 W obecnych czasach często się zdarzało, że miało się więcej niż jedną matkę, aczkolwiek ciężko określić czy faktycznie generowało to większe zapotrzebowanie na psychoterapię. Niektórzy nie mieli ich w ogóle i też wymagali opieki specjalistów zajmujących się najróżniejszymi problemami z głową. Albo mieli takie kompletnie normalne, z którymi nigdy nie miało się problemów, a mimo wszystko lądowało się na kozetce i opowiadało o swoich życiowych krzywiznach, bólach i wyrzucało z siebie żal do całego świata. Jingyi mógł się tylko zgodzić, że jemu trafiła się mądra rodzicielka, chociaż wychowanie na chińskiej filozofii mogło do tego całkiem sporo wnieść. Ewentualnie to bagaż życiowych doświadczeń, których pani Jiang trochę już ze sobą nosiła. Z innej strony nacierała logika. Skoro jest do wyboru jedna rzecz to wybór nie istnieje. No, o ile pominiemy możliwość nie wybrania tej właśnie rzeczy i w efekcie odejście z niczym. Coś albo nic to też jednak jakiś wybór.
 Nigdy nie uważał się za kogoś wyjątkowego, jakkolwiek wspaniałego. Jego gwiazdorzenie ograniczało się głównie do żartobliwego odgrywania sławnego celebryty przed znajomymi lub zachowywania się zgodnie z wykreowanym wizerunkiem wesołego dzieciaka. Mimo odwiedzania najdalszych zakątków świata, przewijania się przez stacje radiowe puszczające mało poważne, będące w miarę na topie kawałki, pojawiania się na dużym i małym ekranie czy reklamowania produktów, których nawet nie używał (kosmetyki do jego ukochanych włosów stały na zdecydowanie wyższej półce, subtelne perfumy miał albo robione na specjalne zamówienie, albo cenowo pozostawały poza zasięgiem przeciętnego zjadacza chleba), wciąż w dużej mierze pozostawał sobą. Normalnym dwudziestoparolatkiem, który o świecie wiedział niewiele, starał się nadmiernie nie wykorzystywać tego, do czego zdążył dojść, w wolnych chwilach pozostającym w kontakcie z fanami czy znajomymi na portalach społecznościowych – nie na swoich oficjalnych profilach, przy których nazwie widniał zdobyty znaczek autentyczności, a przez prywatny, prowadzony przez niego osobiście. Ile to razy znudzony, rozwalony na kanapie w swoim mieszkaniu, ubrany w dresy leniwie przekopywał się przez Instagrama, rzucał komentarze pod losowymi wpisami na Twitterze, albo narzekał ile tekstu zawartego w scenariuszu musi zapamiętać.
 Upił mały łyk alkoholowego drinka. Zapatrzył się nieco w kieliszek, żeby wreszcie znowu unieść wzrok. Nie wydawał się mocno poruszony dotknięciem tego, bądź co bądź, nieco bolesnego tematu. W końcu stracił ojca, którego naprawdę kochał, który go wspierał, dawał rady, nauczył wielu rzeczy i wielu też nie zdążył.
 – Wypadek samochodowy. Uderzył w nas kierowca pod wpływem. Dwie ofiary śmiertelne, ja jakimś cudem spędziłem tylko miesiąc w szpitalu. – Lekko wzruszył ramionami. Jego ton był znacznie poważniejszy niż w którejkolwiek minucie dotychczasowej rozmowy, ale nie minęło wiele, a znów się promiennie uśmiechnął, jakby wszystkie burzowe chmury nagle przegoniło na sto kilometrów dalej. Nie mógł pozwolić na to, żeby ktokolwiek z jego powodu wpadał w ten dziwny stan nieco smutnego zakłopotania, mówienia jak to mu przykro, bo ciężko znaleźć jakieś inne słowa, żeby nie wyjść na takiego, którego to niewiele obchodzi. Jingyi nigdy nie wymagał rozczulania się nad nim, współczucia, głaskania po głowie z mało szczerym „wszystko się ułoży”. Między innymi dlatego też nigdy nie wspominał o przeszłości, o tym, że Shoi-Ming spoczywa pod nagrobkiem znajdującym się w cieniu uroczego drzewka. Nie dzielił się też tkliwymi historyjkami jak to przychodzi na grób ojca, kiedy ma jakiś problem, albo jak przynosząc świeże kwiaty opowiada kawałkowi kamienia, co się u niego działo od ostatniej wizyty. Uważał, że ludzie po prostu nie chcą o tym słuchać, bo i po co?
 – Napisać, zaśpiewać, zagrać i zatańczyć. Co tylko byś sobie życzył. – Błyśnięcie zębów w radosnym wyszczerzu. Miałby wystąpić razem z Dwellerem? Zgodziłby się zawsze i wszędzie, bez zastanawiania. – Musisz mi tylko podać szczegóły, czego oczekujesz, Mistrzuniu. I deadline, przede wszystkim. Mój kalendarz w lato wygląda strasznie.
  Temat: rezerwacje
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 3866
Wyświetleń: 140473

PostForum: sprawy organizacyjne   Wysłany: 2022-07-12, 01:22   Temat: rezerwacje
Wizerunek dodatkowy: Nicolas Simoes

[ Komentarz dodany przez: Harper-Jack Dweller: 2022-07-12, 08:00
Rezerwacja dodatkowa uznana (do 15.07.2022, 01:22) i dodana do spisu.
  Temat: #1 Co na obiad?
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 36
Wyświetleń: 997

PostForum: 117   Wysłany: 2022-07-06, 20:42   Temat: #1 Co na obiad?
 Zmrużone oczy, ostrzegawczy, a zarazem zachęcający uśmieszek wymalowany na twarzy Chińczyka. Nie zamierzał się bronić, choć mógł. Jako tako, chyba. Turlając się po podłodze jak w gatunku soulslike, bo raczej za daleko by nie uciekł w obecnym stanie. Do uciekania było mu zresztą daleko, za bardzo podobała mu się obecna sytuacja. Siedzenie na blacie, na podwyższeniu, jak jakiś wyjątkowo ładny eksponat, który najwyraźniej przyciągał też sporo uwagi. A Jiang bardzo, bardzo lubił być w centrum uwagi.
 Nadal grzecznie współpracował, unosząc ręce i pozwalając się pozbawić koszulki. Stawianie oporu niosło ze sobą zagrożenie uszkodzenia odzieży, a to, w co się przebrał po powrocie do domu i prysznicu, raczej nie zasługiwało na niemiłe traktowanie. To nie były jakieś luźne, domowe ciuchy, w których wyglądał jak typowy pracownik biurowy, który mocno się zasiedział na pracy zdalnej. Nawet nie planując niczego poza nakarmieniem miejskich służb medycznych z ewentualnym pogadaniem o bzdurach, podświadomie założył coś prezentującego się… no po prostu godnie (nie mylić z „głodnie”, to by było raczej przeciwieństwo).
 Nieznacznie zadrżał pod dotykiem Quinna, prężąc się niczym modelka podczas sesji zdjęciowej czy dama malowana przez portrecistę. Oparł na moment dłonie o drewno za plecami i odchylił się trochę, próbując uspokoić szybki oddech, który nadrabiał niedostatki w tlenie. Wzrok Azjaty utkwiony był w oczach ratownika, a żeby go jeszcze bardziej zachęcić do zabawy, przygryzł dolną wargę i ponownie zaczepił go stopą. Nie planował zabierać mu jego roli topa, choć teraz mógł robić się nieco bezczelny i, kto wie, gdyby nie został zmuszony do posłuszeństwa, może i by próbował być tym nieco bardziej dominującym, rządzącym się bottomem. Aczkolwiek wciąż jeszcze mógł zmienić swoje plany
 Przymknął powieki, oddając się kolejnym pocałunkom. Jedna z dłoni wsunęła się we włosy Blue, ale po chwili zsunęła się na jego kark, łagodnie drapiąc skórę wraz z cichym pomrukiem, który wydobył z siebie pod wpływem kolejnego dotyku. Nie do końca świadomie druga ręka powędrowała do dłoni, którą Quinn się podparł, a palce przesunęły się po jego skórze – delikatnie, jakby go właśnie smyrnął motyl.
 Gdziekolwiek Lucky chciałby go rzucić, Jingyi przyjąłby te miejsce z przyjemnością. Chyba, że skończyłoby się na porzuceniu, to wtedy na pewno nie omieszkałby przypomnieć, że potrafi mówić i przede wszystkim wyrażać niezadowolenie.
  Temat: Plaża
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 26
Wyświetleń: 1879

PostForum: Discovery Park   Wysłany: 2022-07-05, 22:29   Temat: Plaża
 – Kilka może by się znalazło, ale… – Przerwa na ciężkie westchnięcie. – Nie wiem. Może za bardzo się przejmuję? Przed każdym występem wolę robić próbę za próbą, a przecież każdy krok, każdy ruch, dźwięk i słowo byłbym w stanie odtworzyć wywleczony w środku nocy z głębokiego snu. – Objął się ramionami, patrząc daleko przed siebie, ponad taflą wody. To były jego piosenki, jego układy taneczne, scena też była (chwilowo) jego. Lubił zaskakiwać, nikt by nie miał mu za złe, gdyby nagle zmienił choreografię. Poza towarzyszącymi mu osobami, które niekoniecznie mogły taką grupą wystarczająco szybko zareagować na pomyłkę czy improwizację. Wszystko musiało być perfekcyjne, mieszczące się w milimetrowych marginesach błędu, żeby zgranie wszystkich tancerzy wyglądało na niemalże niemożliwe do osiągnięcia dla obserwatorów. – I za każdym razem te same problemy. Czy Jay nie pomyli stron, czy Melody nadąży, czy Kija i Seo-jin mnie złapią, czy Mochou zdąży z przejściem. – Mało komu mógł tak prosto z serca rzucić swoimi obawami. A i tak nie wypluwał wszystkich, bo byłaby tego lista jak stąd do Alki. I to nie na skróty przez zatokę.
 – Albo wyskoczymy parę razy na herbatę, wysłuchasz bez marudzenia moich ciężkich żali, ewentualnie włamiesz się do jakiejś rządowej bazy danych, jeśli wystawią za mną list gończy – mrugnął do niego w taki sposób, jakby ostatnie miało jakąkolwiek szansę się zdarzyć. To było wątpliwe, ale dobrze było mieć jakąś awaryjną opcję naprawienia takich spraw. Chociaż nie no, nie narażałby Jina. Prędzej zleciłby mu wyczyszczenie wszelkiej elektroniki w mieszkaniu, choćby i zdalnie. Na szczęście Jingyi trzymał się bardzo, ale to bardzo daleko od podejrzanej działalności, miał czyste ręce, sumienie i wszystko inne. Nie wymagał też spłacania tego długu – chociaż tyle mógł zrobić dla kumpla i wyskoczenie kiedyś do jakiejś małej, klimatycznej knajpki w Chinatown zdecydowanie by mu wystarczyło.
 Zaraz po tym szturchnięciu wystawił nieco złośliwie, ale jednak nadal dość przyjaźnie język. Ze trzy lata i Tae mu to wypomni, w końcu to nie tak, że dzieliła ich jakaś dekada czy dwie i byli dwoma zupełnie innymi światami. Nawet Ji-Ji czasami bywał w szoku, że na początku liczby reprezentującej przeżyty przez niego czas stoi już dwójka i przestał być uroczą nastką (choć jego wygląd mówił zupełnie co innego). Dopiero skończył studia, a przecież wydawało mu się, jakby ledwie parę miesięcy temu pakował jeszcze torbę na licealne zajęcia i zapamiętywał kwestie do szkolnego przedstawienia. Zdarzało się, że czas mijał wyjątkowo szybko, ale pojawiały się również te dłużące się chwile, podczas których siedzisz gdzieś i po „siedmiu godzinach” orientujesz się, że minął kwadrans.
 Na widok zdobyczy aż wyrwało mu się wcale nie takie ciche woah. Podziwiał rybę, jednak z bezpiecznej odległości – nie chciał, żeby się ta bestia wyrwała i na niego rzuciła. Ryby były śliskie. I mokre. A on zdecydowanie nie był ubrany na walkę z takimi stworzeniami i tarzanie się po plaży.
 – Raczej spasuję. Nie chcę ci czegoś uszkodzić, a znając moje szczęście to jeszcze bym przy zarzucaniu zahaczył jakiegoś przechodnia, siebie, mewę albo w ogóle rzucił wędką jak dzidą. Chociaż nie powiem, na fotkach pewnie wyglądałbym bos… – Nie dane było mu dokończyć zdania, właściwie nawet myśli, bo z zaciekawieniem zaczął przyglądać się kolejnej walce. Jin chyba musiał trafić na jakąś ławicę, skoro tak szybko dorwał kolejną sztukę. O ile to nie następna kępa wodorostów.
 Na początku nie chciał uwierzyć w to, co widzi. Próbował jakoś wytłumaczyć sobie w mniej drastyczny sposób, że to nie jest człowiek tylko jakiś płaszcz, który może przy wichurze zwiało do wody, a teraz dopłynął sobie w pobliże brzegu. Może jakaś folia, w końcu ludzie niespecjalnie dbali o środowisko. Stał kompletnie zamurowany, kiedy Tae wyciągał topielca na bardziej suchy ląd. Dopiero co mówił, że jest beznadziejny w ratowanie życia, a jak na złość los dał mu kopa w dupę i teraz zrywał boki. Robiło mu się słabo, a twarz, naturalnie blada, teraz chyba już kompletnie pozbyła się koloru.
 – Dzie… – wydusił, słabym i łamiącym się głosem. Jeśli chodziło o widok zwłok (nawet potencjalnych), radził sobie raczej kiepsko. O tyle było dobrze, że ciało nie było pokryte krwią, bo ich wędkarz miałby na piasku dwóch nieprzytomnych typów zamiast jednego. – …więćset. J-jedenaście. – Wydukał wreszcie, próbując się uspokoić. Techniki medytacyjne na nic by się jednak zdały, kiedy jednocześnie próbujesz nie wpaść w hiperwentylację i nie wrzeszczeć w panice tak, że na drugim krańcu plaży się odwrócą. – Zadzwoń. – Prośba była skierowana do kolegi, bo sam za żadne skarby by składnie nie opisał całego zdarzenia. W tej chwili mogła się liczyć każda sekunda… albo żadna, jeśli mieli do czynienia z całkiem trupim trupem. Na myśl przyszła mu jednak jedna osoba, która mogłaby pomóc. Jeśli na progu paniki, kiedy w jego głowie panował chaos, dał radę pomyśleć o Quinnie, to chyba myślał o nim nieco za dużo.
 Drżącymi rękami wyciągnął telefon i wystukał wiadomość. Równie chaotyczną jak to, co działo mu się teraz we łbie, do tego utworzona trzęsącymi się palcami, które biegały po klawiaturze na ekranie w tempie jeszcze bardziej ekspresowym niż zwykle. Przed całkowitym pozbawieniem sensu krótkich zdań ratowała go wyłączona autokorekta, bo wtedy Lucky jak nic by stwierdził, że znowu coś pił, albo i gorzej.
 – Cào nǐ zǔzōng shíbā dài, Quinn – warknął wreszcie bardziej do siebie niż do towarzysza, ale zdecydowanie na tyle głośno, żeby go usłyszeć. Rzadko kiedy przeklinał, nawet jakoś lekko, ale teraz wyjechał z ciężkim kalibrem pod tytułem wjechanie na przodków. Generalnie w łagodnym przekładzie dałoby się to przetłumaczyć na dyshonor na ciebie, dyshonor na twoją rodzinę, dyshonor na twoją krowę, ale sądząc po tym, że przerażenie zostało zastąpione wyraźnym zdenerwowaniem zaakcentowanym rzuceniem telefonu na piasek, to raczej nie dyshonor był tu słowem-kluczem. Cóż, spodziewał się nieco czegoś innego. Na co komu znajomy ratownik medyczny, jeśli nawet nie potrafi podpowiedzieć, co robić, poza oczywistą oczywistością? Zostawało mu tylko aktorskie doświadczenie i sięgnięcie pamięcią do tych wszystkich scenek z obmacywaniem nadgarstków czy szyi. To chyba było sprawdzanie pulsu. Ale co jak to tylko fikcja i to tak nie działało? Gdzie dokładnie się to wyczuwało, jak powinno „wyglądać”? I czy… czy on będzie musiał dotknąć martwego ciała, żeby sprawdzić? W ogóle miało to sens, jeśli Jin nie słyszał bicia serca, a typ wyglądał na nieoddychającego i już niekoniecznie na tym świecie?
 Lepiej spróbować niż po prostu się gapić.
 Klęknął obok i z wyraźnym oporem przyłożył dłoń do boku szyi wyłowionego nieszczęśnika. Był dość chłodny w kontakcie z ciepłą skórą Ji, ale na pewno daleko mu było do obrzydliwej, rybiej śliskości. Nie chciał niczego przypadkiem pogorszyć, ale być bezużytecznym też nie zamierzał. Nawet nie wiedział czy to fizycznie możliwe, żeby mieć wodę w płucach, ale to by mogło tłumaczyć brak oddechu. Jeśli jednak chodziło o jakiekolwiek inne parametry życiowe.
 – On… chyba jeszczeżyje nie przeszło mu przez gardło, bo głos mu się znowu załamał, a do tego nie chciał czegoś zapeszyć. Przeniósł spojrzenie na kumpla. Póki coś robił to nie poddawał się panice. Gorzej, że właśnie skończyły mu się pomysły.
  Temat: chodniki
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 34
Wyświetleń: 2608

PostForum: Squire Park   Wysłany: 2022-07-04, 20:00   Temat: chodniki
 Wieczór zapowiadał się spokojnie. Zapowiadał, ale czy zamierzał taki być? W końcu biednemu zawsze wiatr w… och. Chwila, nie był biedny. Tak, to powinno być w takim razie spokojnie. Nie miał zresztą ochoty na niespodzianki – był zmęczony. Całym dniem, dwiema godzinami ćwiczenia choreografii na salce, z której właśnie wyszedł. Czekał go jeszcze długi spacer do mieszkania, bo jakoś tak nie chciało mu się jechać, a musiał pomyśleć w spokoju. Przemyśleń z kolei miał od groma i jeszcze trochę.
 Pożegnanie z grupą jak zwykle się przedłużyło. Wygłupy przed budynkiem, żarty i kilka salw śmiechu, po których nastąpiło omówienie terminu kolejnego spotkania i, przede wszystkim, przypomnienie o wyjeździe. Lipcowa trasa koncertowa wzywała ich do kilku miast Azji, a Jiang nie mógł się doczekać wizyty w ojczyźnie. Nie, żeby jakoś wyjątkowo tęsknił, ale czasem brakowało mu tamtejszego klimatu i kultury tak różniącej się od Stanów. No i dalekowschodnie knajpki z Chinatown to jednak nie to samo co utrzymywane często od wielu pokoleń lokale w miejscu pochodzenia tej ryżowej kuchni. Aż przez chwilę pomyślał czy jego ulubiona miejscówka w Quzhou jeszcze się jakoś trzymała. Pewnie tak. A gdyby tak sprawdzić? Właściwie jak będzie w Szanghaju to zostanie mu sporo czasu…
 Zatrzymał się na światłach. Obrócił się nieco na pięcie i już miał wrócić do całkowitego stania naprzeciwko pasów, twarzą do ulicy, kiedy zauważył kogoś uciekającego szaleńczo. Prosto na niego. Zanim zdołał przeprocesować, co właściwie się dzieje, typ rzucił mu w ręce jakąś torbę z taką siłą, że Chińczyk o mało się nie przewrócił, starając się odruchowo złapać przedmiot. W niemałym skołowaniu rozwarł paszczę, żeby zapytać się codokurwy (choć nieco grzeczniej), ale nieznajomy nawet nie zwolnił i odbił w inną stronę. Jingyi spojrzał na trzymane zawiniątko. Materiał nic nie zdradzał, cokolwiek to było, nie było za specjalnie ciężkie, ale dziwne, że poprzedni „właściciel” się tak tego pozbył. Czy to było coś kradzionego? A może… to była bomba? O cholera, cholera, chole--
Może i był celebrytą, ale jeszcze nie takiego kalibru, żeby na niego przeprowadzać zamachy. Zresztą, co on komu zrobił? Chciał nawet przez chwilę odrzucić pakunek jak najdalej od siebie, ale wtedy zauważył, że z uliczki, z której wypadł na niego nieznany jegomość, właśnie wypadło trzech kolejnych. Z mało przyjemnymi minami, patrzących na niego. I… o matko. Czy jeden z nich miał w ręku nóż?
 Nie myślał. Bardzo nie myślał, bo zamiast pozbyć się tej podrzutki, wtulił ją w klatę i dał nogę ile tylko fabryka dała. Do tej pory w filmach akcji tylko grał, a nie przeżywał je na żywo (chyba, że w gimnazjum, ale tam uciekanie przed prześladowcami o wymiarach dwa na dwa i tak kończyło się wrzuceniem do stawu albo powieszeniem za fraki gdzieś wysoko). Musiał w głowie przywołać mapę najbliższej okolicy, wszystkich skrótów, przeszkód, ślepych uliczek. Centrum od dekady było jego domem, a okolice zarówno Squire Park, jak i South Lake znał jak własną kieszeń. No, prawie. W każdym razie orientował się w charakterystycznych punktach na trasie do domu i kojarzył parę wygodnych, alternatywnych dróg. Miał nadzieję, że zgubi ogon, komukolwiek i za cokolwiek właśnie nie podpadł.
 Zakręt, długa prosta, kolejny zakręt. I nagła przeszkoda, która wyrosła mu tuż przed twarzą. Nie zdążył wyhamować, tylko staranował tym swoim pustym łbem czyjąś klatę, wytracając na postronnym obywatelu swój pęd i zaburzając równowagę zarówno swoją, jak i jego. W tym momencie odruchy były jednak silniejsze niż poczucie jakiegokolwiek sensu i logiki, więc wyciągnął wolną rękę, którą złapał za rękę stojącej przed nim żyrafy i obrócił się tak, żeby nie upaść, a jednocześnie uratować przed tym samym nieszczęśnika zaatakowanego przez jego chuchrowatą mość. Gracja tancerza uratowała ich obu przed rozwaleniem mord o chodnik (chyba, że Jiang zaraz dostanie peeling z asfaltu za naruszanie przestrzeni osobistej), ale gdy kurdupel uniósł głowę, żeby spojrzeć na twarz swojej niespodziewanej przeszkody, nie był w stanie złapać na tyle dużo powietrza, żeby choćby wydusić przeprosiny. Jakby tego było mało, to chyba nadal z daleka słyszał intensywne, agresywne tuptanie. O jeżu w malinach, w co on się znowu wpakował tym wylogowaniem mózgu z rzeczywistości?
  Temat: @TJ.2301
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 34
Wyświetleń: 634

PostForum: instagram   Wysłany: 2022-07-01, 08:55   Temat: @TJ.2301
QuietHarmony lubi twój post
  Temat: @just.breathe
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 3
Wyświetleń: 76

PostForum: instagram   Wysłany: 2022-06-30, 12:30   Temat: @just.breathe
QuietHarmony lubi twój post
  Temat: Kto do kogo pasuje?
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 15800
Wyświetleń: 434359

PostForum: gry i zabawy   Wysłany: 2022-06-30, 11:22   Temat: Kto do kogo pasuje?
Maeve, bo taki biedny jest, kumpel mu się ohajtał i nie ma już przypałów. Może razem coś odwalicie :D
  Temat: Stoliki I
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 37
Wyświetleń: 2575

PostForum: Canlis   Wysłany: 2022-06-30, 02:18   Temat: Stoliki I
 – Jakby to powiedziała mama: za duży wybór. Byłoby jedno, to by nie było zastanawiania. – Nawet dość wiarygodnie udało mu się oddać barwę głosu Chinki, ten ton – lekko żartobliwy, odrobinę strofujący zbyt długo podejmującego decyzję syna, a jednocześnie z jakąś ukrytą mądrością życiową. Cóż, bawił się dźwiękami nie od wczoraj, w szkole parę razy wywinął numer z zadzwonieniem jako Chyou, żeby się zwolnić z jednej czy dwóch ostatnich godzin lekcyjnych. I tak zawsze miał dość wysoki głos, więc mu się udawało. Do pewnego czasu. Jak się wydało to potem każda godzina zerwania się z zajęć zmieniała się w jeden weekendowy dzień pomagania w kwiaciarni. Warto było.
Podkradł jedno z winogron. Wyglądało tak doskonale, jakby przeszło ze trzy selekcje pod czujnym okiem perfekcjonisty z lupą i miarką, który nie przepuszczał żadnego wykraczającego poza jego standardy ideałów owocu. Po wgryzieniu się mógł dojść do wniosku, że chyba faktycznie tak było, bo nawet smak był wręcz kosmiczny. Jak najczęściej ograniczał słodycze, żeby dbać o sylwetkę i, brońcie przodkowie, nie przytyć wiele powyżej tych pięćdziesięciu kilogramów (jeszcze by przestał wyglądać jak niedożywione dziecko!), tak za kolejne takie winogrono dałby się pokroić. Ale póki co na jednym poprzestał, takim wsuniętym na dwa gryzy. Jeszcze zacząłby tu mruczeć z zadowolenia jak podrapany pod bródką kociak, a trochę by jednak nie wypadało i mogło wyglądać (zabrzmieć?) dziwnie w takich okolicznościach.
 Całe szczęście, że zdążył przełknąć niewielki łyk Mimozy i odstawić kieliszek, bo na następne słowa Harpera jak nic by się tym alkoholem opluł. Jesteś Jingyi, łasą na komplementy gwiazdką i twój idol właśnie ci mówi, że jesteś słodki. W tym momencie pozostawała tylko jedna opcja reakcji, kiedy nie można się zakrztusić: opuścić trochę wzrok i pokryć blade policzki lekkim rumieńcem. Pewnie gdyby powiedział to ktokolwiek inny, zaśmiałby się uroczo i stwierdził, iż owszem, wie. Ale nie teraz. Teraz musiało mu wjechać to samo speszenie, które miewał przy--
 Przerwane zdanie. Akurat zdążył nieco dojść do siebie i znowu spojrzeć w stronę mężczyzny, a delikatnie zmieszana mina przekształciła się w łagodne zaniepokojenie. Chyba było średnio, skoro zamiast dokończyć zmienił temat. Przechylił lekko głowę, na parę sekund zmrużył oczy. Jak wiele mu powiedzieć? Jak wiele Dweller w ogóle o nim wiedział? Czy w ogóle go to interesowało, czy było to jedynie unikanie odpowiedzi na zadane pytanie? Wreszcie lekko wzruszył ramionami i oparł się wygodniej na krześle.
 – Jak mniemam, odpowiedź bo nic innego nie umiem raczej nie wystarczy, co? – Przyciągnął sobie jeszcze jedno winogrono. Zaczął się jednak nim bawić, przekładając między palcami i skupiając na nim wzrok. – Połowę dzieciństwa spędziłem w Chinach. Tam, jeśli jesteś zwykły, to w najlepszym wypadku nie będziesz harować do śmierci w fabryce albo na jakimś podrzędnym stanowisku w korporacji. A później przeprowadziliśmy się tu i moim głównym problemem stał się rasizm, a nie konieczność bycia „najlepszym we wszystkim”, żeby wybić się z tłumu. – Jakby był w „Mam Talent” to pewnie zaraz urzekłby swoją historią sędziów, ale i tak wygrałaby dziesięciolatka z jakąś nudną piosenką, która nawet nie jest wymagająca w wykonaniu. – Jak się nie ma wzrostu ani siły, to trzeba się ratować przed dręczeniem w inny sposób. A że zawsze przyciągałem ludzi, to dość szybko zorganizowałem sobie stado, w którym byłem bezpieczny. Bycie w centrum uwagi było… przyjemne. – Zaraz wyjdzie, że jest po prostu próżnym bachorem, który poszedł w sławę, żeby go podziwiali. Przynajmniej tak mógł póki co brzmieć. – Wreszcie zacząłem chodzić na kółko teatralne, gdzie okazało się, że nieźle radzę sobie z aktorstwem. I pierwszy musical. Heathers, jeśli dobrze pamiętam. Stwierdzili, że mam do tego talent. – Przestał dręczyć biedny owoc, przeżuł go wreszcie, robiąc sobie krótką przerwę. Rozgadał się, ale to był jego standard. Wyrzucanie zdań niczym serii z karabinu. Spojrzał na Dwellera. Jakiej opowieści właściwie oczekiwał? Jakiej odpowiedzi? – Uznałem, że pomogę rodzicom, skoro dali mi nadzieję na normalną przyszłość przez ucieczkę z ojczyzny. I się zaczęło. Tu jakiś dubbing, tam jakaś trzecio, a czasem nawet drugoplanowa rola w jakichś młodzieżowych serialach, epizodyczne wystąpienia w czymś poważniejszym. W liceum znalazła się grupa muzycznych świrów, która potrzebowała wokalisty. I jakoś w tej samej chwili zaczynałeś swoją karierę. Wszyscy byliśmy jak „woah, jest taki super!”. Kurczę, nawet włosy wtedy zapuszczałem – zaśmiał się wesoło. Za każdym razem jak sobie przypominał, co on nosił na głowie mając te piętnaście lat, sam siebie rozkładał na łopatki. Że też Chyou się na to zgodziła! – Ale potem… Cóż… Zdarzyło mi się otrzeć o śmierć. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że to nie musi być tylko dobra zabawa, wspieranie najbliższych i zaspokajanie własnej potrzeby bycia w centrum uwagi. – Opuścił nieco wzrok, a jego radość zdawała się nieco ulotnić w bliżej nieokreślonym kierunku. Leah zapewne kopałaby go pod stołem, żeby się zamknął, bo o takich szczegółach wiedział tylko jego psycholog i rodzicielka. I ona. Ona wiedziała wszystko. Nie sprzedawał jednak całej swojej historii. Pominął chociażby ojca, którego tamtego dnia stracił. A to dość konkretnie go zmieniło wewnętrznie. – Najpierw skupiłem się na aktorstwie. Muzyka i taniec były jednak zbyt radosne i jakoś nie miałem na to ani weny, ani chęci. Dopiero z początkiem studiów zacząłem potrzebować czegoś, co wypełni mi wolną przestrzeń pomiędzy zajęciami i pracą, żeby nie mieć czasu na rozmyślania. Niestety, albo i stety, zależy kogo spytać, wstrzeliłem się w sam środek popularności k-popu. A że rock kojarzył mi się za bardzo z poprzednim zespołem i tym, co stało się w liceum, to po prostu popłynąłem z prądem. – Moment na napicie się drinka. Jakim cudem on to dał radę powiedzieć na trzeźwo, bez zawieszania się, bez perełek łez gromadzących się w kącikach oczu? Pewnie chciał chociaż trochę pokazać, że twardy jest, a nie miętki przed HJ’em. Albo już naprawdę to wszystko przepracował i minęła wystarczająca ilość czasu, żeby nie odczuwać przy tym na tyle gwałtownych emocji, żeby nie móc ich powstrzymać. – Nigdy nie podawałem tego do wiadomości publicznej, ale sporą część dochodu przeznaczam na różne organizacje. Walczące z wyzyskiwaniem dzieci do pracy w Chinach, wspierające Tybet czy Tajwan… czy walkę z uzależnieniami. – Lekki uśmieszek wpełzł na jego wargi. To ostatnie nie miało akurat związku z muzykiem siedzącym naprzeciwko, a z człowiekiem, który pod wpływem alkoholu spowodował wypadek, w którym brał udział. Że akurat się natknął na artystę po odwykach to już czysty przypadek.
 – Więc, skracając tę pełną żałości, przynudzającą rozprawkę – gdybym żył zwykłym życiem, nie dałbym rady choćby próbować zmieniać świata. Nie byłbym zbytnio użyteczny, marnując talent gdzieś za biurkiem recepcji i swoim głosem co najwyżej racząc chcących się umówić na wizytę. Może ewentualnie zostałbym nauczycielem i właśnie zaczynałbym wakacje przed magisterką, zamiast stwierdzić, że wystarczy tego uczenia się. Byłbym tylko kolejnym trybikiem, w dodatku takim małym, w tym szarym świecie. A tak to przy okazji robię to, co lubię i mogę dawać radość innym. – Uroczy wyszczerz, wzrok skierowany wprost na Dwellera. Czy dało się odpowiedzieć krócej? Zapewne tak, ale straciłoby to sporo kontekstu. No i jeśli mieliby nawiązać współpracę, to jednak dobrze byłoby się lepiej znać. Przynajmniej jakieś motywy.
  Temat: Przestrzeń koncertowa
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 14
Wyświetleń: 217

PostForum: Alki Beach   Wysłany: 2022-06-29, 19:54   Temat: Przestrzeń koncertowa
 Zdążył wrócić z Europy akurat na koniec miesiąca. Właściwie mógłby zaliczyć wszystkie wydarzenia mające miejsce w ostatnie półtora tygodnia czerwca, jednak ognisko jakoś go nie kusiło, bo podejrzewał, że zakończy się to wszystko typowo studencką libacją alkoholową, w trakcie której spiłby się i odwalił coś, czym przez cały lipiec karmiłyby się wszystkie plotkarskie portale i gazetowe szmatławce. Siódmy miesiąc roku był jego czasem spokoju, rozmyślań, a na dodatek miał wyjazd do Azji, więc tak tuż przed nim niekoniecznie miał ochotę na konieczność bezskutecznego tłumaczenia się w mediach. Grafik i tak miał dość konkretnie upakowany najróżniejszymi spotkaniami oraz pracą.
 Rodzinny targ brzmiał z kolei kusząco, jednakże… wolał zabierać mamę w mniej oblegane miejsca, a słowo „rodzinny” wywoływało u niego jakiś ścisk w gardle. Choć minęło sześć lat, wciąż nie do końca radził sobie z brakiem ojca. Jak bardzo różniłoby się jego życie od obecnego, gdyby wypadek nigdy nie nastąpił? Może byłby bardziej popularny, bo poszedłby nie w aktualnie modny pop śpiewany w azjatyckich językach, a w cięższe brzmienia? A może wręcz przeciwnie – nie wybiłby się i zrezygnował z muzycznej kariery, ale zamiast tego o wiele bardziej skupiłby się na aktorstwie? Może…
 Przy morzu będąc. Koncert na plaży brzmiał perfekcyjnie. Choć na początku czerwca miał nieprzyjemność w takich okolicznościach przyrody mieć bliskie spotkanie z niedoszłym utopionym na śmierć jegomościem, wybranie się na taką imprezę było bardzo kuszącą opcją. Zwłaszcza po tym, jak w zaledwie tydzień przejechał przez pięć europejskich miast, samemu latając po scenie od prawa do lewa. Nie kusił go jednak jakiś tam smarczący DJ (Sniff-Sniff – typ sam sobie wbijał gwóźdź w trumnę z taką nazwą), choć coś (a raczej ktoś) z J w swojej nazwie jednak już tak. HJ. Dweller. Już miał okazję podziwiać go z naprawdę bliska, a skoro poznał go osobiście i mógł uciąć biznesową pogawędkę, to teraz wypadałoby przyjrzeć się z bliska każdemu scenicznemu detalowi towarzyszącemu jego wystąpieniom. Już i tak znał większość jego utworów na pamięć (taka przypadłość fana, który w liceum wraz z zespołem się na nim wzorował), ale teraz interesowały go też te bardziej techniczne elementy. Zachowanie przed publiką, ruch, brzmienie na żywo, czy miał jakieś wyrobione nawyki. Na koncercie Dwellera był może raz, albo dwa. Aż wstyd się przyznać, ale po prostu na ogół nie mógł się zgrać z własnymi terminami. A jeszcze gorzej, że ze względu na swój wzrost nie wszystko też widział.
 Ustawił się w pobliżu wejść dość wcześnie, wraz z grupą znajomych również wybierających się na widowisko. Dla zabicia czasu wygłupiał się z tancerzami, robiąc poniekąd próbę czy innego bezalkoholowego, ale za to muzycznego before’a. Musieli jednak oszczędzać siły, żeby potem dotrwać do tej drugiej w nocy, albo i dłużej – zanim przepłyną przez tłum i wrócą do domów… W końcu jednak oczekiwanie się skończyło, można było grzecznie przejść przez kontrolę (a że nie miał przy sobie nic zabronionego czy dziwnego, to i nie trwało to długo), a potem się rozproszyć na niemal wszystkie strony świata. Trochę się powłóczyć, porozmawiać, pośmiać się i ustawić pod sceną w pobliżu morza. Chciał być jak najbliżej (głównie przez to, że był konusem). Koncert studentów też nawet go ciekawił – jak nic część zespołu znał jeszcze z chwil, kiedy sam się uczył. Jednak to Harperowi chciał posłać serduszko ułożone z dłoni podniesionych ponad swoją głowę. Tylko będzie musiał się postarać nie zapiszczeć jak psychofanka. Wystarczyło, że go z zaskoczenia przytulił na spotkaniu.
  Temat: Jaki masz dzisiaj humor?
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 484
Wyświetleń: 17116

PostForum: gry i zabawy   Wysłany: 2022-06-29, 12:57   Temat: Jaki masz dzisiaj humor?


Pracowanie w niepełnym zespole, kiedy zostajesz z nielubiącą pracy koleżanką takie jest.
  Temat: Quinn
Jingyi Jiang

Odpowiedzi: 10
Wyświetleń: 142

PostForum: telefony   Wysłany: 2022-06-28, 21:17   Temat: Quinn
Jingyi
Ta, chyba z tobą
Znaczy
Znam numer
Dzwonimy. Nie jesteśmy debilami
Ale co jak to już trup? Albo nie trup?
Czy go reanimować? Nie reanimować? Ruszać? Ja nawet nie wiem jak się kurwa puls sprawdza
 
Strona 1 z 5
Skocz do: