To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Dreamy Seattle
Krótki tekst opisujący twoje forum

Karty postaci - Lucky Blue Quinn

Lucky Blue Quinn - 2022-05-17, 14:02
Temat postu: Lucky Blue Quinn
about me

imie i nazwisko

Lucky Blue Quinn

pseudonim

Blue, Queenie

data i miejsce urodzenia

13 maja 2000 r., seattle

dzielnica mieszkalna

south park

stan cywilny

kawaler

orientacja

panseksualny

zajęcie

ratownik medyczny

miejsce pracy

Swedish Hospital

wyznanie

ateizm

miejscowy

w seattle od zawsze

my story
Nazywam się Lucky Blue. Moi rodzice podobno świadomie nadali mi to imię. Nienawidzę swojego imienia, chcę je zmienić. Moje imię brzmi jak z My Little Pony. Ale moja młodsza siostra, Pauper America, ma jeszcze gorzej. Urodziłem się w Seattle, tutaj też wychowywałem...

Właśnie tak zaczynała się większość pierwszych esejów pisanych przez chłopaka. Tych, w których trzeba było osiągnąć konkretną ilość słów. I jest to prawdą: urodził się w Seattle, jako syn dwójki Amerykanów, przy czym dziadkowie chłopaka byli (a raczej są, biorąc poprawkę na to, że wciąż żyją, nie uśmiercajmy ich zbyt szybko, są w porządku) Koreańczykami, którzy wyemigrowali ze swojego kraju, jako dwójka zakochanych młodzieniaszków, by to właśnie w Stanach Zjednoczonych spróbować ułożyć sobie życie. Jeśli chodzi o imię Lucky'ego to nie trzeba mówić więcej, niż to, że dostał je, kiedy coraz to popularniejszym stało się w USA nadawanie dzieciom tych niesztampowych, unikalnych. Z podobną krzywdą skończyła jego młodsza siostra. Nie trzeba pisać, że takie imiona, w czasach kiedy dopiero zaczynało być modne by puszczać wodzę wyobraźni przy nazywaniu dziecka, wcale nie ułatwiły chłopakowi funkcjonowania w społeczeństwie. Tym bardziej wśród małych dzieciaków, które nie miały hamulców, ni tym bardziej skrupułów, by wytknąć coś, co wydawało im się odmienne.
Wczesne lata mocno wpłynęły na charakter chłopaka. Był on grzeczny, ale przy tym wszystkim: strasznie wycofany, stroniący od relacji czy zabaw z rówieśnikami. Najcichszy ze wszystkich, czasami można było zapomnieć o tym, że w ogóle był. Jego ojciec, mocno przejęty faktem, że syn ani się nie postawi, ani nie odezwie i jest wręcz wypruty z pewności siebie i asertywności, wpadł na kolejny ze swoich genialnych pomysłów i uznał, że sporty walki pomogą młodemu nabrać charakteru. Stąd też decyzja o zapisaniu go na judo, tyle tylko, że po roku dosłownie zmuszania się, by tam chodzić i trenować, młody oświadczył, że on strasznie tego nie lubi i błagał, aby nie kazali mu tam wracać. Matka ustąpiła, a ojciec... Poniekąd też. Tyle tylko, że zdecydował spróbować z nieco innym sportem, konkretniej boksem tajskim. Tak, postanowił zapisać dziewięciolatka na muay thai. I tak, są szkoły, które uczą tego takie małe dzieciaczki. Rzecz jasna na początku nie było to ordynarne mordobicie, a gdy już przychodziło do sparingu, to więcej było na ringu waciaka ochronnego, niż samych dzieciaków, jednak - o dziwo - chłopakowi przyjęło się to. Nie bardzo pamiętał, czy chodziło o formę zajęć, czy rywalizację, czy jednak o to, że z prowadzącym złapał dobry kontakt i podobało mu się, że mężczyzna poświęcał mu uwagę, rozmawiał i wszystko tłumaczył, w dodatku nigdy się nie denerwował. I był całkiem przystojny. Bardzo przystojny. Cholernie przystojny. Przynajmniej na tyle, na ile mógł to stwierdzić dziewięciolatek. Tak jak inni kochali się w Macieju Zakościelnym czy ich słabością był Brad Pitt, tak szczeniak Lucky Blue wzdychał do starszego od niego, o co najmniej piętnaście lat, trenera. Oczywiście było to nieszkodliwe dla nich samych, ślub mu przecież proponował tylko w wyobrażeniach, tak samo jak kupno psa, którego nazwaliby Ramen, bo przecież trener uwielbiał jeść ramen. Mimo wszystko dawało kopa motywacyjnego, bo przecież chciał wypaść jak najlepiej przed swoim cru- To znaczy guru!
Zaangażowanie w treningi, odpowiednia motywacja sprawiły, że chłopak zaczynał być... dobry. Jak na swój wiek: na pewno lepszy niż pozostali rówieśnicy. Z upływem lat jego zafiksowanie na punkcie boksu tajskiego nie przygasało, tym bardziej, że prowadził go cały czas ten sam mężczyzna, gdy chłopak osiągnął lat trzynaście, zajmując się nim indywidualnie. Czy przez te lata Lucky'emu przeszedł ten mały, "malutki" crush na trenerze? Nie, jasne że nie. W końcu to miała być jego wielka miłość. Ślub i Ramen, pamiętacie? Niemniej nie afiszował się ze swoją słabością do mężczyzny, był zdania, że nie daje po sobie poznać. I to też nigdy nie było dla niego dziwne, że obiektem jego zainteresowań jest trener, ON, a nie jakaś trenerka. Chociaż zdawał sobie sprawę, że jest to też... niewygodne. Dla społeczeństwa. Jakby sam fakt, że trzynastolatek wzdycha do prawie trzydziestki, był niewystarczający.
Był dobry, na swoim koncie miał sporo sukcesów, wygranych i zawodów wszelkiej rangi. Nie sposób zliczyć ile razy położył kogoś na matę, a ile razy sam na niej zaległ po solidnym nokaucie, bo im starszym był tym walki brutalniejsze. Był obiecującym zawodnikiem. Był bo w wyniku ciężkiej kontuzji odniesionej w trakcie zwykłego, treningowego sparingu, musiał całkowicie zrezygnować z dalszej kariery, a ta malowała się przed nim w naprawdę jasnych barwach. Oberwał w kolano i to tak, że można było rzec, że zaczęło się zginać w drugą stronę. Wyrokiem, bo inaczej tego się nie dało nazwać, lekarzy było twierdzenie, że jeśli chce móc chodzić, w miarę normalnie, zamiast całe życie śmigać z laseczką czy o kulach, to musi zrezygnować z wyczynowej strony tego sportu, jeśli nie wcale. Oczywiście, że podłamał się na tę wiadomość, jakby nie było: zainwestował w boks sporą część swojego życia i prawie całe serce. Przez prawie miesiąc był wyłączony z życia. Nie chodził do ogólniaka, nie wychodził z domu. Prawdopodobnie gdyby nie trener, ten sam, który nie odstępował go od lat i prowadził przez dyscyplinę, to do tej pory siedziałby zamknięty. Ale to on z nim porozmawiał, wysłuchał i pocieszył. Pomógł się podnieść. Spróbować znaleźć jakiś nowy cel, bo przecież do tej pory u Quinna była wizja tunelowa nastawiona na boks tajski. Facet pomógł mu otworzyć oczy na nowo, zainteresować się czymś innym. Zmotywował go, by znalazł sobie nowy kierunek.
I szczerze? Ratownictwo medyczne to był totalny random. To nie było coś, o czym śnił latami. Ów kierunek wybrał początkowo z ciekawości, w dodatku przekonany, że tyle złamań i krwi się w życiu naoglądał, że nie powinno to na nim robić większego wrażenia. A poza tym, od zawsze miał jakiś syndrom bohatera, chciał pomagać. Na studiach szło mu ciężko, w zasadzie dostał się na nie tylko przez wzgląd, że ojciec miał znajomości. Ale nie brakowało mu zaangażowania i chęci do nauki, chęci do bycia lepszym. Wyciągnął się, poprawił, nie jechał już na samych ocenach byle zaliczyć. Może nie został kujonem, nie zyskał stypendium naukowego, ale... rozumiał to, czego się uczył.
Och, a czy cała ta przeszłość z boksem tajskim przyniosła planowany przez pana Quinn skutek? Czy wyrobiła z Lucky'ego twardziela i postrach osiedla?
Otóż nie.
Wbrew pozorom i przeszłości brzydzi się bezsensowną przemocą. A i przy okazji nie został nagle ekstrawertykiem, który z każdym chce się zaprzyjaźnić.
my flaws
◈ Lucky Blue. Obok księżniczki Twiligh Sparkle oraz dzielnej Apple Jack to imię robi robotę, prawda? Najwyraźniej rodzice chłopaka nie widzieli przeszkody w tym, by nadać mu imię godne postaci z My Little Pony. Bo w czym problem? We wszystkim, cholera. We wszystkim. Chłopak od dzieciaka nie znosił swojego imienia: wśród rówieśników był za nie wyśmiewane (i na początku robiło mu to różnicę, teraz zwyczajnie spływa to po nim jak po kaczce). Starsze osoby albo uważały to za urocze, albo patrzyły się wzrokiem pełnym dezaprobaty i cmokały z niezadowoleniem, zapytując na czym to teraz ten świat stoi.
◇ Zanim miał prawną możliwość je zmienić, to zdołał polubić swoje imię, bądź raczej: przyzwyczaić się do niego. W międzyczasie nazbierał trochę ksywek wśród znajomych. Wąskie grono serdecznych przyjaciół woła go pieszczotliwie Queenie lub skraca to do Q.
◈ W jego żyłach płynie czysta kofeina. Jest od niej uzależniony, potrafi się do tego przyznać, ale nie zamierza nic z tym robić. Przy jego pełnym wrażeń i rotacji zmian dyżurów życiu kawa jest niezbędna. Jest eliksirem życia.
Uwielbia jeść! Jednak przez swoje zaangażowanie w robotę przegapia posiłki i też ciężko mu w tym wszystkim znaleźć na to czas, nawet jak pamięta. Mimo to potrafi godzinami prawić morały znajomym o tym, jak ważny jest dobrze zbilansowany posiłek.
◈ W wieku ośmiu lat zaczął trenować sporty walki. Początkowo było to judo, jednak po roku zapisano go na zajęcia z boksu tajskiego. Wtedy jeszcze nie były to sparingi tak brutalne, dzieciaki były szykowane i w formie zabawy toczyły pojedynki, z czasem jednak zaczynała się faktyczna rywalizacja. I brutalna. Był reprezentantem stanu na zawodach rangi międzystanowej. Obiecujący zawodnik, który swoją karierę i możliwe wystąpienie w zawodach rangi międzykrajowej zakończył poprzez ciężką kontuzję kolana. Wyniki badań były bezlitosne: jeśli chciał dalej chodzić, musiał zaprzestać uprawiania tego sportu na poziome zawodowym. W wieku lat siedemnastu musiał zrezygnować.
◇ Obecnie ma niewielką styczność z muay thai samym w sobie, jednak odwiedza siłownię dość regularnie, starając się jednak za bardzo nie przeciążać kolana podczas ćwiczeń. Dodatkowo biega. Są to niedługie dystanse, również z uwagi na zalecenia lekarzy.
◈ Niekoniecznie można nazwać go człowiekiem przesądnym, nie jakoś chorobliwie, ale nie przechodzi pod drabinami, a gdy czarny kot przebiegnie mu drogę to pluje trzy razy przez lewe ramię. Do tego na szyi nosi, zawieszone na rzemyku, obrączki ślubne rodziców. Traktuje to jako swój talizman, coś co przynosi mu szczęście. Tylko dlatego, że jak raz zapomniał założyć, to się zaciął w windzie na dwie godziny.
◇ Posiada pięć kłuć w lewym uchu, rzadko jednak we wszystkim miejscach na raz nosi kolczyki. Z kolei na kciuku prawej dłoni nosi czarną, tytanową obrączkę
◈ Pomimo faktu, że posiada azjatycki typ urody, z dalekim wschodem ma wspólnego tyle, co nic. Jego rodzina od strony matki dawno wyemigrowała z Korei do Ameryki i tam osiadła. Za dzieciaka opowiadano mu to i owo, o kraju z którego wywodzili się dziadkowie, jednak nie przykładał do tego większej wagi. Nie rozumie koreańskiego, potrafi czytać w hangulu, ale bardzo wolno i to tyle. Z języków obcych zna za to hiszpański i podstawy francuskiego.
◇ Swój czas w życiu od zawsze miał poupychany pracą (wcześniej: szkołą) i treningami, czasami spotkaniami ze znajomymi. Mało w tym wszystkim miejsca na oglądanie telewizji, a już na pewno na wciąganie się w serie na Netflixie. Można go też nazwać ignorantem wobec show-biznesu, bo kompletnie nie wie, co tam się dzieje. 3/4 aktorów nie potrafi skojarzyć z imienia bądź twarzy, a pozostali to starsza gwardia, na której wręcz wychowywał się. Taki Adam Sandler czy Angelina Jolie.
◈ Kocha zwierzaki, w szczególności psy, bo większość z nich jest niesamowicie pocieszna. Posiada rudą shibę inu imieniem Ramen. Futrzak jest z Luckym od szczeniaka i kiedy może, nie odstępuje go na krok. Pod prysznic nawet z nim wchodzi.
◇ Weekendowo prowadzi warsztaty z samoobrony, zajęcia otwarte i całkowicie za darmo. Sam pomysł przyszedł mu do głowy niedługo po tym, jak wracając nocą ze zmiany musiał interweniować, by pomóc napadniętej przez dwóch napastników kobiecie. Szkolenia są dedykowane obu płciom.
◈ Zdecydowanie bardziej preferuje jednoślady. Rowery są w porządku, ale motocykle... To jego wielka, chyba odwzajemniona miłość. Po mieście porusza się Kawasaki, w intensywnie żółtym kolorze.
◇ Jest człowiekiem raczej zdystansowanym, nie pchającym się ani do relacji, ani choćby do rozmowy. Podczas interakcji bije od niego chłód, z początku jest strasznie nieprzystępny, a dodatkowo roboczy wyraz twarzy, klasyczne resting bitch face, nie przysparza mu zbyt wielu nowych przyjaciół. Jest jednak całkiem przyjaźnie nastawiony do bliższych. W życiu kieruje się bardziej zdrowym rozsądkiem niż sercem, czy nagłą zachcianką i spontanicznością.
◈ Niepoprawny amator kwaśnych, kolorowych drinków. Samodzielnie potrafi przyrządzić kilka interesujących mieszanek. I tak, pije przez słomkę. Jak ktoś ma z tym problem, to jest to do wyjaśnienia. Na zewnątrz.
◇ Z reguły bardzo dobrze radzi sobie ze stresem, ciężko go zdenerwować, bo taka praca, ale zdarzają się dni, gdzie po wszystkim musi sobie zapalić. Nie zwyczajnego papierosa a zielsko. Czasami musi się zjarać by całkowicie zresetować i nabrać siły na kolejny dzień.
◈ Jedną z flagowych cech, którymi można go opisać jest to, że ciężko mu przyjąć, czy co dopiero poprosić o pomoc. Jakąkolwiek. Wychodzi z założenia, że ze wszystkim sam sobie poradzi bo to wyznacznik jego dorosłości i samowystarczalności. Jest wręcz nieszczęśliwy, strasznie się dąsa, kiedy ktoś na siłę wciska mu swoje wsparcie czy ułatwia rozwiązanie jakiegoś kłopotu. Niemniej do porażki czy błędu potrafi się przyznać, te dwie cechy są niezależne. Jednak to też nie zawsze jest łatwe.
◇ Mimo iż z brutalnością miał bliską styczność trenując boks tajski, to brzydzi się bezsensowną przemocą. I nie jest to dla niego jedyne rozwiązanie dla niego. Ucieka się do walki tylko w ostateczności. Z reguły stara się być bezkonfliktowy, a swoją bezkonfliktowość manifestuje zwyczajnie stroniąc od ludzi.
and more

imię/ nick z edenu

nd

kontakt

pw / discord

narracja

przeszły, trzecioosobowy

zgoda na ingerencję MG

tak

Lucky Blue Quinn

Park Sunghoon


Dreamy Seattle - 2022-05-19, 21:13

akceptacja!
Serdecznie witamy na forum, twoja karta została zaakceptowana. Możesz teraz dodać tematy z relacjami, kalendarz oraz telefon i cieszyć się fabularną rozgrywką, którą musisz rozpocząć w ciągu 7 dni.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group